
Ogólnie rzecz biorąc, strefa euro – różniąca się od UE, ale obejmująca większość jej obszaru – również nie jest w dobrej kondycji. Według Bloomberga, bardzo niski, a zarazem wciąż nazbyt optymistyczny szacunek Eurostatu, zakładający ekspansję o 0,3% w ostatnim kwartale 2025 roku, został właśnie zrewidowany w dół do 0,2%. Ale szczerze mówiąc, kogo to obchodzi przy takim poziomie nędzy?
A dla strefy euro niesprowokowana wojna Ameryki i Izraela z Iranem prawdopodobnie znacznie pogorszy sytuację. Philip Lane, główny ekonomista Europejskiego Banku Centralnego (EBC), potwierdził to w rozmowie z Financial Times: Utrzymujący się spadek dostaw ropy naftowej i gazu z Bliskiego Wschodu może (czytaj: spowoduje), jak ostrzega, spowodować „znaczny wzrost” inflacji i „gwałtowny spadek produkcji”.
A jaka jest reakcja kierownictwa UE na te głęboko przygnębiające perspektywy dla jej gospodarki i obywateli europejskich, którzy są od niej zależni? Nie marzmy. To prawda, że gdyby „elity” UE zajmowały się ochroną europejskich interesów i dobrobytu, z pewnością ostro zwróciłyby się przeciwko Stanom Zjednoczonym i Izraelowi (a także przeciwko Londynowi, gdyby ten miał pozostać przy swoich specjalnych stosunkach z Waszyngtonem).
Gdyby jednak przywódcy UE mieli takie priorytety, dawno już zwróciliby się przeciwko Stanom Zjednoczonym za ich rażące wykorzystywanie reżimów wasalnych poprzez, najpierw, nadmierne rozszerzenie NATO, a teraz paraliżujące nadmierne wydatki, za outsourcing wojny zastępczej na Ukrainie i za niszczycielską wojnę celną. Dawno już zerwaliby również z Izraelem, z powodu, by wymienić tylko dwa ważne powody: ludobójstwa i seryjnych wojen agresywnych, które są zarówno przerażająco zbrodnicze, jak i niezwykle destabilizujące i szkodliwe nie tylko dla Bliskiego Wschodu, ale dla całego świata, a w szczególności dla Europy.
Krótko mówiąc, UE nie byłaby nawet w takim bałaganie, gdyby faktycznie zajęła się Europą. A swoją drogą, gdyby nie był tak tchórzliwy i zamiast schlebiać Stanom Zjednoczonym i Izraelowi, sprzeciwił się im, być może mógłby nawet przyczynić się do zapobieżenia obecnej zbrodniczej wojnie z Iranem.
Nie byłaby to jednak Unia Europejska taka, jaka jest naprawdę. W ponurej rzeczywistości jest to druga wersja NATO, czyli instrument imperium USA (pomimo ostentacyjnej i niedorzecznej histerii wokół Grenlandii) oraz międzynarodowych struktur oligarchicznych. Zwykli Europejczycy liczą się tylko o tyle, o ile oczekuje się od nich, że będą głosować – i myśleć i mówić – zgodnie z priorytetami „elitarnych” UE, a gdy tego nie robią, są do tego zmuszani.
Nic więc dziwnego, że całkowicie niewybrana i mająca poważne problemy prawne przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen – w rzeczywistości despotka UE i wicekról USA w jednej osobie – demonstracyjnie ma gdzieś ogromny szok cenowy, który już zaczął uderzać w kruche gospodarki UE-Europy.
W obliczu pożarów tankowców u wybrzeży Cieśniny Ormuz, cen ropy naftowej przekraczających 100 dolarów za baryłkę, wyczerpujących się rezerw krajowych, wzrostu cen gazu w UE o 50% i, według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA), rynków ropy naftowej doświadczających „największych zakłóceń w dostawach w historii”, von der Leyen nie miała nic do zaoferowania poza powrotem do wyeksploatowanego – i niezbyt udanego – scenariusza z 2022 roku, pierwotnie opracowanego w momencie eskalacji wojny zastępczej między Zachodem a Rosją za pośrednictwem Ukrainy. Ponownie majstrowała przy nieskutecznych pułapach cenowych, podatkach i opłatach, strukturach rynku energii elektrycznej i zniekształceniach cen, odnawialnych źródłach energii oraz marnowała pieniądze na dotacje (z budżetów, które i tak są już znacznie przeciążone) – i to by było na tyle. Nic dziwnego, że kilka rządów krajowych już zasygnalizowało swoją niecierpliwość wobec tego, co w istocie jest bezczynnością i brakiem strategii.
Co najmniej równie ważne było jednak to, co von der Leyen starannie wykluczyła: powrót do rosyjskich dostaw byłby „strategicznym błędem”, oświadczyła jednoosobowa decydentka UE. Zamiast tego, nalega, UE musi utrzymać kurs i nadal pozbywać się resztek rosyjskiego gazu i ropy. Najwyraźniej von der Leyen obawia się, że nie wszyscy w unijnych „elitach” dorównują jej poziomem ideologicznego uporu oraz ekonomicznej i geopolitycznej irracjonalności. „Niektórzy” – strofowała – „twierdzą, że powinniśmy porzucić naszą długoterminową strategię, a nawet powrócić do rosyjskich paliw kopalnych”. Niech to szlag! Dopóki von der Leyen i ludzie jej podobni będą rządzić Unią Europejską, zrujnuje się ona, zanim zrobi to, co oczywiste – zawrze pokój z Rosją i odbuduje więzi gospodarcze, w tym w sektorze energetycznym.
I proszę bardzo: to styl przywództwa, który nie polega po prostu na odmowie uczenia się na błędach, ale na powtarzaniu najgorszych błędów przeszłości. Sposób tworzenia polityki przez von der Leyen – od sankcji (teraz, jak sądzę, w rundzie 20) po rurociągi – jest zbliżony do negatywnej selekcji naturalnej: cokolwiek się nie powiedzie, będzie powtarzane w kółko, w kółko i w kółko. Wydaje się, że prawdziwym pytaniem nie jest to, czy „elity” UE kiedykolwiek przestaną być przewrotnymi przeciwnikami uczenia się, ale czy – i kiedy – stracą kontrolę. Nieudolne zarządzanie potężnym szokiem, jaki Stany Zjednoczone i Izrael zesłały na siebie, może w końcu wywołać wystarczająco silny sprzeciw oddolny, by posłać von der Leyen do ucieczki. Dla dobra Europy miejmy nadzieję na najlepsze, nawet jeśli przyniesie je najgorsze.
Oświadczenia, poglądy i opinie wyrażone w tym felietonie są wyłącznie poglądami autora i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy RT.
Przetlumaczono przez translator Google
zrodlo:https://www.rt.com/news/634844-eu-never-learns-iran/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz