czwartek, 9 lipca 2026

"Flirt Trumpa z Turcją wprawia Izrael w zakłopotanie Życzliwy stosunek prezydenta USA do Ankary niepokoi władze Izraela, jednak prawdziwym sprawdzianem będzie to, czy ostatecznie dojdzie do skutku dostawa myśliwców F-35 oraz realizacja kontraktów na silniki."

 Updated 8 Jul, 2026 12:55


Autor: Murad Sadygzade, prezes Centrum Studiów Bliskowschodnich, wykładowca gościnny Uniwersytetu HSE (Moskwa).


Telegram

Trump’s flirting with Türkiye is making Israel squirm

Netanjahu nie owijał w bawełnę. W wywiadzie dla Fox News stwierdził wprost, że Turcja nie powinna otrzymać myśliwców F-35 ani silników do swoich programów produkcji samolotów bojowych, ponieważ naruszyłoby to regionalną równowagę sił – równowagę, która jego zdaniem opiera się na izraelskiej przewadze w powietrzu wspieranej przez obecność USA w regionie. Poszedł nawet dalej, zarzucając Erdoganowi wrogą retorykę wobec Izraela i określając władze Turcji mianem reżimu przesiąkniętego ideologią Bractwa Muzułmańskiego – były to mocne, celowo dobrane słowa.


Reakcja Ankary była równie ostra. Tureckie MSZ nazwało wypowiedzi strony izraelskiej skoordynowaną kampanią dezinformacyjną, przedstawiając je jako próbę odwrócenia uwagi od działań Izraela w Strefie Gazy, polityki okupacyjnej oraz – jak określa to Turcja – zachowań destabilizujących sytuację w całym regionie.


Dla Trumpa rola Turcji w konflikcie w Strefie Gazy stanowi argument za zacieśnieniem relacji z Ankarą. Dla Izraela jest to natomiast powód do poważnego niepokoju. W zachodniej części Jerozolimy panuje autentyczna obawa, że ​​dążąc do zakończenia aktywnych działań zbrojnych w Strefie Gazy i wypracowania powojennych ram zarządzania tym terytorium, Waszyngton faktycznie zapewnia Turcji miejsce przy stole rozmów w sprawie Palestyny ​​– a jest to rola, z której Ankara była przez długi czas wykluczona.


Cena wojny z Iranem

Relacje między Trumpem a Netanjahu w ostatnich miesiącach wyraźnie się ochłodziły, choć obaj politycy starają się zachować pozory. Netanjahu powiedział w rozmowie z CNN, że choć on i Trump mogą mieć odmienne zdania w kwestii Iranu, to w sprawach kluczowych pozostają zgodni. To jednak tylko starannie wykreowany wizerunek. Pod tą powierzchnią kryje się narastająca w Waszyngtonie frustracja.


Wojna z Iranem, która rozpoczęła się 28 lutego od wspólnych uderzeń amerykańsko-izraelskich, stała się dla Trumpa poważnym obciążeniem politycznym. Z badania Pew Research Center wynika, że ​​61% Amerykanów negatywnie ocenia sposób, w jaki Trump prowadził konflikt z Iranem, a 40% uważa, że ​​operacja ta w dłuższej perspektywie zmniejszyła bezpieczeństwo USA. To nie są liczby, które prezydent może zignorować, zwłaszcza w obliczu trudnego okresu na scenie politycznej.


W Stanach Zjednoczonych utrwala się przekonanie, że Trump został wciągnięty w tę wojnę pod wpływem Izraela. Niezależnie od tego, czy obraz ten wiernie oddaje rzeczywisty proces podejmowania decyzji, samo to przekonanie funkcjonuje jako fakt polityczny. Im więcej ta wojna kosztuje Trumpa w oczach amerykańskich wyborców, tym ostrzej reaguje on na wszelkie działania Netanjahu, które utrudniają mu kreowanie się na polityka, który zakończył wojnę, a nie ją wywołał.


Liban stanowi najbardziej wyrazisty przykład tego napięcia w praktyce. Media amerykańskie i międzynarodowe donosiły, że izraelskie operacje przeciwko Hezbollahowi wielokrotnie komplikowały negocjacje USA z Iranem. Trump przyznał, że podczas burzliwej rozmowy telefonicznej nazwał Netanjahu „szaleńcem”, zirytowany faktem, iż działania militarne Izraela w Libanie nieustannie zakłócały rozmowy pokojowe z Teheranem.


Izrael ze swej strony jasno dał do zrozumienia, że ​​nie czuje się związany porozumieniami ograniczającymi jego swobodę działań wobec Hezbollahu i Iranu. Z perspektywy Waszyngtonu wygląda to na próbę uwikłania Trumpa w konflikt bez wyraźnego końca, właśnie w momencie, gdy stara się on znaleźć drogę wyjścia z takiej sytuacji. Negatywna ocena działań Izraela w Libanie jest zatem ściśle powiązana z instynktem politycznego przetrwania samego Trumpa.


Dlaczego Waszyngton nie wybrał (jeszcze) Ankary

Mimo to osobista sympatia Trumpa do Erdogana nie oznacza całkowitego zwrotu USA od Izraela w stronę Turcji. Wynika to z kilku istotnych uwarunkowań strukturalnych, które nieprędko ulegną zmianie.


Po pierwsze, myśliwce F-35 nie są prezentem, który prezydent może ot tak rozdać. Kwestie te regulują przepisy prawa, decyzje Kongresu oraz amerykański system kontroli eksportu. Obecne ustawodawstwo USA nie pozwala na powrót Turcji do programu F-35, dopóki kraj ten dysponuje systemem S-400. Jedną z rozważanych opcji jest przekazanie rosyjskich systemów państwu trzeciemu, jednak pozostaje to jedynie propozycją, a nie sfinalizowaną umową – a takie sprawy często latami pozostają nierozwiązane.

Po drugie, Demokraci w Kongresie od dawna mają napięte relacje z rządem Turcji. Nawet stosunkowo prosta transakcja dotycząca silników F110 napotkała opór – kongresmen z ramienia Demokratów, Gregory Meeks, zgłosił zastrzeżenia i zażądał od administracji wyjaśnień, twierdząc, że nie pofatygowała się ona nawet o uzasadnienie tej decyzji. Skoro zwykła sprzedaż silników wywołuje takie tarcia, to ewentualna umowa dotycząca F-35 napotka znacznie poważniejsze przeszkody.


Po trzecie, znaczna grupa Republikanów – zwłaszcza tych związanych z proizraelskim skrzydłem partii – opowie się po stronie Izraela, jeśli będą musieli wybierać między Ankarą a Jerozolimą Zachodnią. W Waszyngtonie już teraz słychać ponadpartyjne głosy sprzeciwu wobec sprzedaży F-35 Turcji, dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia systemu S-400. Obawy Izraela w tej kwestii są dodatkowo wzmacniane przez obowiązującą od dziesięcioleci amerykańską zasadę prawną: utrzymania jakościowej przewagi militarnej Izraela nad innymi państwami regionu. Zasada ta od dawna kształtuje politykę USA w zakresie sprzedaży broni i niełatwo od niej odstąpić.


Warto też pamiętać o pewnej prawidłowości: szumne zapowiedzi Trumpa dotyczące wielkich kontraktów zbrojeniowych nie zawsze przekładają się na ich faktyczną realizację. Podczas pierwszej kadencji ogłosił on pakiet zbrojeniowy dla Arabii Saudyjskiej o wartości 110 miliardów dolarów, który w praktyce pozostał głównie na papierze. Ówcześnie określano go raczej mianem deklaracji niż sfinalizowanej umowy, a późniejsze doniesienia amerykańskich mediów wykazały, że tylko ułamek zapowiadanych kwot przełożył się na rzeczywiste kontrakty.


Nawet jeśli Trump szczerze chce politycznie nagrodzić Erdoğana, proces ten spowolnią: lobby proizraelskie, Kongres, Pentagon, istniejące ograniczenia prawne oraz dążenie do utrzymania militarnej przewagi Izraela. Dlatego jest znacznie bardziej prawdopodobne, że Ankara szybko otrzyma silniki do myśliwca KAAN, niż że w ogóle wróci do programu F-35. To pierwsze stanowi stosunkowo łatwe ustępstwo, podczas gdy drugie jest legislacyjnym i politycznym polem minowym.


Można tu dostrzec schemat wykraczający poza samą Turcję. Trump przyzwyczaił się do traktowania osobistych relacji jako zamiennika polityki – rzucał propozycje znaczących ustępstw w atmosferze udanego spotkania, by następnie obserwować, jak amerykańska machina państwowa spowalnia ich realizację, sprowadzając je do znacznie skromniejszej skali. Tak stało się częściowo w przypadku Arabii Saudyjskiej podczas jego pierwszej kadencji. Nie ma oczywistego powodu, dla którego Turcja miałaby stanowić wyjątek – zwłaszcza w tak złożonej pod względem prawnym i politycznym kwestii, jak myśliwce piątej generacji. Przepaść między tym, co Trump mówi podczas rozmów z Erdoganem, a tym, co faktycznie uzyskuje zgodę Kongresu, Pentagonu i organów odpowiedzialnych za kontrolę eksportu, bywa ogromna i utrzymuje się latami, a nie miesiącami.


Trump rzeczywiście darzy obecnie Erdogana większą sympatią niż wielu tradycyjnych sojuszników Ameryki i szczerze irytują go działania Izraela w Libanie, Strefie Gazy oraz szerszy kontekst relacji z Iranem. Obie te kwestie są prawdziwe i zasługują na poważne potraktowanie. Jednak polityka USA na Bliskim Wschodzie nigdy nie opierała się wyłącznie na emocjach jednego prezydenta i nie zacznie tego robić teraz. Obecnie obserwujemy swego rodzaju flirt między Waszyngtonem a Ankarą – jawny i strategicznie korzystny dla obu stron. Nie widać natomiast żadnych oznak, by Waszyngton wycofał się ze swojego wieloletniego zobowiązania wobec Izraela. Jest zdecydowanie za wcześnie, by stwierdzić, że Ameryka wybrała Turcję kosztem Izraela. Waszyngton – jak to często bywa – stara się podtrzymywać obie relacje jednocześnie, czerpiąc z nich to, co możliwe, bez formalnego obniżania rangi żadnej z nich. Prawdziwe napięcie, gdy już się ujawni, nie będzie widoczne w przemówieniach na szczytach czy serdecznych uściskach dłoni, lecz w tym, na co ostatecznie zgodzi się Kongres.


Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/642734-trump-turkey-israel-f35/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz