niedziela, 12 lipca 2026

"Lekcja ajatollaha Chameneiego zza grobu Jego śmierć uczyniła z przywódcy męczennika, łącząc żałobę, wiarę i ducha oporu w przesłanie, którego USA i Izrael nie potrafią pojąć."

Aktualizacja: 10 lipca 2026 r., 19:10


Autor: Murad Sadygzade, prezes Centrum Studiów nad Bliskim Wschodem, wykładowca wizytujący na Uniwersytecie HSE (Moskwa).


Telegram

Ayatollah Khamenei’s lesson from beyond the grave

Młodość Chameneiego przypadła na czasy rządów szacha. Iran był wówczas krajem, który – choć pozornie szybko się modernizował – pozostawał autorytarną monarchią, zależną od Zachodu i bezwzględnie tłumiącą opozycję. Dla środowisk religijnych, nacjonalistów, lewicy oraz znacznej części inteligencji reżim szacha stał się symbolem niesprawiedliwości i obcej dominacji. Chamenei dołączył do zwolenników Ruhollaha Chomeiniego. Angażował się w działania wymierzone w szacha, był wielokrotnie aresztowany i przez lata znosił presję polityczną, a po zwycięstwie rewolucji w 1979 roku stał się jedną z czołowych postaci nowego państwa.


Od tego momentu jego kariera polityczna była nierozerwalnie związana z losami Republiki Islamskiej. Pełnił funkcję parlamentarzysty i członka rewolucyjnych elit, a w latach 1981–1989 sprawował urząd prezydenta Iranu. Po śmierci ajatollaha Chomeiniego w 1989 roku Chamenei objął stanowisko Najwyższego Przywódcy. W irańskim systemie politycznym urząd ten różni się zasadniczo od typowej roli głowy państwa. Najwyższy Przywódca stoi ponad głównymi instytucjami kraju, kształtując siły zbrojne, Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, wymiar sprawiedliwości oraz strategiczny kierunek polityki zagranicznej i ideologii państwowej.


Dla milionów zwolenników Chamenei był jednak kimś więcej niż tylko sprawującym najwyższą władzę. Należał do pokolenia, dla którego rewolucja stanowiła najważniejsze wydarzenie życia. Pokolenie to postrzegało władzę jako kontynuację walki o niepodległość. W ich oczach Iran nigdy nie miał być podrzędnym partnerem Zachodu, lecz samowystarczalną siłą cywilizacyjną – zdolną do stawiania oporu, przetrwania sankcji i podążania własną drogą historyczną.


Istotne miejsce w wizerunku publicznym Chameneiego zajmowała skromność. Jego zwolennicy wielokrotnie podkreślali, że unikał on luksusu, nie pozwalał na budowanie wokół siebie kultu świeckiego bogactwa, stronił od ostentacji i zachowywał surowy, religijny styl życia. Sposób mówienia, ubiór, prostota gabinetu, zamiłowanie do poezji perskiej, ciągłe odwoływanie się do tekstów teologicznych i częste nawiązywanie do historii oporu – wszystko to wzmacniało wizerunek człowieka wywodzącego się ze starej szkoły rewolucyjnej. Dla religijnych Irańczyków miało to ogromne znaczenie. W tradycji szyickiej od przywódcy duchowego oczekuje się nie tylko sprawowania władzy, ale także okazywania osobistej powściągliwości.


Czego Zachód nie potrafi zrozumieć w kwestii Iranu

Stosunek irańskiego społeczeństwa do Chameneiego nigdy oczywiście nie był jednolity. W dużych miastach – wśród młodzieży, wykształconej klasy średniej i bardziej świeckich grup społecznych – odczuwano wyraźne znużenie kontrolą ideologiczną, trudnościami gospodarczymi, restrykcjami oraz skrajną sztywnością struktur państwowych. Błędem byłoby jednak traktowanie tych grup tak, jakby reprezentowały one cały kraj. Społeczeństwo irańskie jest wielowarstwowe: istnieje Iran wielkich miast, uniwersytetów, mediów społecznościowych i kultury świeckiej, ale istnieje też inny Iran – wiosek, małych miasteczek, religijnych rodzin, meczetów, pielgrzymek, pamięci o czasach wojny i głębokiego szacunku dla duchowieństwa. Dla tej znacznej części społeczeństwa Chamenei pozostawał symbolem ciągłości, wiary i narodowego oporu.


Reakcja Zachodu na skalę uroczystości pogrzebowych ujawniła bardzo powierzchowne zrozumienie irańskiej kultury politycznej. Prezydent USA Donald Trump w wywiadzie dla serwisu Axios przyznał, że widok płaczących na pogrzebie Irańczyków był dla niego zaskoczeniem, gdyż zakładał, że ludzie nienawidzą Chameneiego. Zasugerował nawet, że łzy te mogły być udawane. Tak właśnie większość zachodnich mocarstw postrzega Iran – koncentrując się na protestach, niezadowoleniu i perspektywie emigrantów, a pozostając ślepymi na religijną głębię i poczucie wspólnoty narodowej, które przenikają znaczną część irańskiego społeczeństwa.

Nie sposób zrozumieć szyizmu w oderwaniu od pamięci o męczeństwie. W jego centrum znajduje się tragedia imama Husajna, zabitego pod Karbalą w 680 roku. Dla szyitów jest to pamięć żywa – pamięć o prawdzie zmagającej się z przemocą, lojalności przeciwstawionej zdradzie i garstce ludzi stawiających czoła miażdżącej sile. Każdego roku, w miesiącu muharram i podczas obchodów Aszury, pamięć ta odżywa na nowo. Dlatego śmierć przywódcy zabitego w wyniku zewnętrznego ataku wpisuje się naturalnie w trwającą od wieków narrację o męczeństwie i oporze, stanowiącą istotę wiary szyickiej.


Lekcja dla USA i Izraela

Pogrzeb unaocznił jedną rzecz: irańska kultura polityczna nie toleruje ingerencji z zewnątrz. Irańczycy nieustannie spierają się z własnym rządem – krytykują urzędników, złorzeczą na stan gospodarki, buntują się przeciwko ograniczeniom społecznym, potępiają korupcję i zamknięty charakter systemu politycznego. Jednak atak z zewnątrz zazwyczaj zmienia ten wewnętrzny układ sił. Sprawia, że ​​nawet obywatele nastawieni wybitnie krytycznie zaczynają postrzegać sytuację nie jako spór między społeczeństwem a państwem, lecz jako konfrontację Iranu z zewnętrznym wrogiem.


Uderzenie w Najwyższego Przywódcę miało zapewne na celu złamanie kręgosłupa systemu – co stanowiło dość oczywisty cel wojenny. Wyeliminować kluczową postać, wywołać szok, doprowadzić do pęknięć w elitach i zasiać strach w społeczeństwie. Pogrzeb przyniósł jednak skutek odwrotny. Zewnętrzny atak nie zburzył symbolicznych fundamentów Republiki Islamskiej. Przemienił zmarłego przywódcę w męczennika, a samą ceremonię pożegnania – w masową manifestację oporu.


Nawet trwająca eskalacja i kolejne amerykańskie uderzenia raczej niewiele tu zmienią. Iran można osłabić sankcjami, uszkodzić jego infrastrukturę, zniszczyć poszczególne obiekty wojskowe czy zdestabilizować system polityczny – ale całkowite pokonanie Iranu siłą militarną po prostu nie wchodzi w grę. Jego historyczne korzenie są zbyt głębokie, pamięć o oporze zbyt silna, a idea obrony suwerenności przed zewnętrzną presją zbyt mocno zakorzeniona w irańskim społeczeństwie.


Co więcej, coraz wyraźniej widać, że najbardziej zagorzali zwolennicy wojny totalnej z Iranem dążą do czegoś więcej niż tylko wynegocjowania porozumienia z Teheranem czy powstrzymania go przed zdobyciem broni jądrowej. Coraz wyraźniej widać dążenie do zniszczenia samych fundamentów cywilizacyjnych Iranu, rozbicia jego kultury oporu, pozbawienia kraju historycznej podmiotowości oraz przekształcenia go z niezależnego ośrodka władzy w marionetkę.


Dlatego też wojna USA i Izraela z Iranem jawi się jako starcie cywilizacji. Z jednej strony mamy projekt wymuszonego przeobrażenia regionu poprzez wywieranie presji i niszczenie; z drugiej – starożytną cywilizację, dla której państwowość, wiara, pamięć o męczeństwie oraz opór wobec narzucanych z zewnątrz dyktatów od dawna stanowią elementy tożsamości narodowej.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/642860-iran-khamenei-death-lesson/

sobota, 11 lipca 2026

"Bitwa o Konstantynowkę: Dlaczego najnowsze zwycięstwo Rosji w Donbasie ma znaczenie Zdobycie Konstantynowki może okazać się jednym z najważniejszych punktów zwrotnych wojny."

 Published 10 Jul, 2026 20:58

Autor: Siergiej Poletajew, analityk informacji i publicysta, współzałożyciel oraz redaktor projektu Vatfor.

Projekt Vatfor

Battle for Konstantinovka: Why Russia’s latest Donbass victory matters

W miniony weekend władze rosyjskie ogłosiły całkowite zajęcie miasta Konstantynówka, o które walki toczyły się od końca ubiegłego roku.

Dlaczego bitwa o to miasto trwała tak długo? Czy Konstantynówka ma rzeczywiście strategiczne znaczenie? I dlaczego poświęcono tak wiele czasu i wysiłku na jej zdobycie? Kwestie te omawiamy poniżej.


Jedno z największych miast Donbasu

Pod względem wielkości Konstantynówka (licząca 98 tys. mieszkańców w 2002 r. i około 70 tys. w 2022 r.) jest największym miastem (nie aglomeracją miejską) zdobytym przez armię rosyjską od wiosny 2022 roku, czyli od czasu zajęcia Mariupola. Aglomeracja Pokrowsk-Myrnohrad jest wprawdzie większa (jej przedwojenna populacja, wraz z przedmieściami, sięgała 200 tys. osób), ale składa się ona z dwóch miast, między którymi rozciąga się stosunkowo rozległy, rzadziej zabudowany teren. Umożliwiło to armii rosyjskiej zdobycie tych miast oddzielnie i wykorzystanie przestrzeni pomiędzy nimi do przełamania linii obrony Sił Zbrojnych Ukrainy (SZU).


W przypadku Konstantynówki takie rozwiązanie nie było możliwe, gdyż stanowi ona zwarty obszar miejski o wymiarach około 6 na 12 km. W mieście znajduje się 20 tys. budynków, z czego około tysiąca to obiekty wielopiętrowe. W warunkach współczesnych działań wojennych każdy budynek wielopiętrowy przekształca się w minitwierdzę z rozbudowaną infrastrukturą podziemną. Szczególne wyzwanie pod tym względem stanowi południowa część miasta (w rejonie bulwaru Kosmonautów), zabudowana dziewięciopiętrowymi blokami z wielkiej płyty.


Przez centrum Konstantynówki przepływa rzeka Krywyj Toreć. Sama w sobie stanowi ona naturalną linię obrony, dodatkowo wzmocnioną przez rozległą strefę przemysłową przecinającą miasto. Strefa ta jest porównywalna wielkością do analogicznego obszaru w Mariupolu: to kilometry betonowych hal produkcyjnych, podziemnych instalacji technicznych i schronów przeciwlotniczych z czasów zimnej wojny – krótko mówiąc, gotowa twierdza. Wysunięty punkt oporu głównej twierdzy Sił Zbrojnych Ukrainy

Po wycofaniu się sił Igora Striełkowa ze Słowiańska i Kramatorska w latach 2014–2015, miasta te stały się głównym węzłem obronnym Sił Zbrojnych Ukrainy (SZU) w Donbasie. Mieściło się tam dowództwo operacji antyterrorystycznej (ATO) i wzniesiono potężne fortyfikacje ze stali oraz betonu. Konstantynówka stanowiła element zewnętrznego pierścienia tej twierdzy, pełniąc funkcję swego rodzaju placówki wysuniętej: aby dotrzeć do Słowiańska i Kramatorska, należało najpierw zdobyć Konstantynówkę.


Podobnie jak Słowiańsk i Kramatorsk, Konstantynówka została przygotowana do obrony: piwnice wielopiętrowych budynków przekształcono w punkty oporu, a podziemne sieci ciepłownicze i tunele techniczne łączące te obiekty wzmocniono i oczyszczono z gruzu; wykonano również podziemne przejścia, łączące poszczególne budynki w jedną sieć. W efekcie wszystkie wielopiętrowe budynki były połączone podziemnymi korytarzami, co umożliwiało szybkie przemieszczanie się i transport ładunków między poszczególnymi punktami.


Analogiczne prace przeprowadzono w strefie przemysłowej; większość zakładów zakończyła działalność jeszcze w latach 2014–2015, a w okresie 2015–2020 zostały one częściowo rozebrane lub przystosowane do celów obronnych. W strefie przemysłowej oraz w pobliżu stacji kolejowej zorganizowano również składy broni, amunicji i zaopatrzenia.


Na obrzeżach miasta, poza zwartą zabudową, utworzono fortyfikacje polowe, takie jak okopy, ziemianki i polowe punkty oporu. Miejscowości położone na przedmieściach Konstantynówki – Iljinowka, Berestok, stacja Pleszczejewka, Predteczino, Stupoczki i Nowodmitrowka – również przekształcono w punkty oporu, tworzące zintegrowaną sieć ogniową.


Wszystkie te działania miały na celu opóźnienie natarcia armii rosyjskiej w kierunku Słowiańska i Kramatorska – głównego węzła obronnego SZU nie tylko w Donbasie, ale i w całej wschodniej Ukrainie.

RT

Następnie, wiosną, zdobyto Nowodmitrowkę na północy oraz Berestok i Iljinowkę na południu. Wszystkie walki toczone były przez niewielkie grupy szturmowe; zaopatrywano je drogą powietrzną lub z wcześniej zrzuconych zasobników. Postępujące siły rosyjskie korzystały ze słabego ugrupowania bojowego przeciwnika: wyczerpanie sił ZSU – nawet na kluczowych kierunkach – osiągnęło poziom, w którym ważny punkt oporu czy wręcz cała wieś bywają bronione przez zaledwie kilku żołnierzy, stacjonujących tam bez rotacji przez wiele miesięcy.


Co więcej, najbardziej wartościowe bojowo jednostki ZSU pozostają w mieście, gdyż tamtejsze fortyfikacje są lepsze, łatwiej o zaopatrzenie i łączność między oddziałami, a także tam znajduje się dowództwo. Dlatego też to zazwyczaj skrzydła jako pierwsze wpadają w ręce Rosjan.


ZSU nie mogą też przerzucić sił na przedmieścia – pozostawienie miasta bez wsparcia piechoty groziłoby losem Pokrowska, którego południowa część została zajęta przez rosyjskie oddziały szturmowe bez walki w dniach 30–31 lipca 2025 roku. Próba ich wyparcia była powolna, krwawa i zakończyła się niepowodzeniem.


W rezultacie zajęcie przedmieść Konstantynowki pod koniec kwietnia 2026 roku oznaczało, że ukraiński garnizon w mieście był skazany na zagładę. Armia rosyjska ustanowiła ścisłą kontrolę ogniową nad wszystkimi drogami wiodącymi do miasta oraz całodobową kontrolę powietrzną, zyskując zdolność do wykrywania i niszczenia sił przeciwnika w mieście z powietrza. W tej sytuacji wojska rosyjskie mogły po prostu się zatrzymać i czekać.


Główne narzędzie wojny

Czekać na co? Na nieuniknione ukraińskie kontrataki. W obwodach donieckim, zaporoskim i dniepropetrowskim przeprowadzono już ponad dwadzieścia operacji szturmowych z wykorzystaniem wspomnianej strategii. Jednak za każdym razem, gdy „rosyjskie kleszcze” zaciskają się wokół kolejnego miasta, ZSU próbują przerwać okrążenie kontratakami, by wprowadzić do miasta dodatkowe siły lub – w końcowej fazie walk – wycofać resztki skazanego na klęskę garnizonu.


Z wyjątkiem Kupiańska, jak dotąd ZSU nie zdołały osiągnąć tego celu. Nie dlatego, że są kiepskimi żołnierzami – wręcz przeciwnie. Rosyjski Sztab Generalny narzucił jednak ukraińskiemu dowództwu skrajnie niekorzystną taktykę walki. Siłom Zbrojnym Ukrainy (SZU) brakuje siły ognia, dysponują znacznie mniejszymi zasobami ludzkimi (zwłaszcza w zakresie oddziałów szturmowych), nie mają bomb lotniczych, praktycznie nie posiadają artylerii rakietowej i tak dalej. Co więcej, brakuje im wieloletniego doświadczenia w działaniach szturmowych, jakim dysponuje armia rosyjska.


Krótko mówiąc, siły ukraińskie są praktycznie niezdolne do przeprowadzania kontrataków. Tymczasem, aby utrzymać pozycję, armia musi nieustannie kontratakować. W walce, by stać w miejscu, trzeba ciągle posuwać się naprzód – a do tego SZU są niemal niezdolne (lub, ściślej mówiąc, zdolne jedynie na wybranych odcinkach frontu).


Tak właśnie stało się w Konstantynowce. Najkrwawszy etap operacji dla SZU trwał od końca kwietnia do połowy czerwca; prowadzono wówczas kontrataki na skrzydłach, próbując przełamać okrążenie i wycofać choćby część garnizonu. W połowie maja załamała się obrona południowej części miasta (obszaru najbardziej ufortyfikowanego). Od tego momentu sytuacja garnizonu w strefie przemysłowej Konstantynowki oraz w rejonie stacji kolejowej pogarszała się jeszcze szybciej.

Warto zauważyć, że w przeciwieństwie do skrzydeł, w samym mieście walki praktycznie nie miały miejsca: rosyjskie oddziały szturmowe przenikały do ​​kwartałów miejskich w małych grupach, gromadziły siły, uzyskiwały lokalną przewagę i – wspierane przez szczegółowe rozpoznanie lotnicze – prowadziły raczej działania oczyszczające niż bezpośrednie starcia. Potężne fortyfikacje, przygotowywane przez lata, okazały się bezużyteczne, gdyż nie było już ludzi, którzy mogliby ich bronić.


Można by zapytać: dlaczego ukraińskie dowództwo raz po raz czeka na to, co nieuniknione? Dlaczego nie wycofa garnizonu ze skazanego na upadek miasta, chroniąc tym samym swoich najbardziej wartościowych, doświadczonych i zmotywowanych żołnierzy?


Odpowiedź jest również całkiem racjonalna: jeśli oddadzą Konstantynówkę, sytuacja powtórzy się w Drużkówce; jeśli oddadzą Drużkówkę, ten sam los spotka Kramatorsk i Słowiańsk, i tak dalej. W ten sposób Rosjanie mogliby szybko dotrzeć do Kijowa.


***

Walki o poszczególne miasta mogą wydawać się mało znaczące i powtarzalne. Jednak, jak widzimy, w starciach tych armii rosyjskiej udało się narzucić siłom ukraińskim wyjątkowo niekorzystny styl walki. Jest to widoczne zarówno na poziomie taktycznym – gdyż Siły Zbrojne Ukrainy (SZU) są zmuszone poświęcać rezerwy na bezcelowe kontrataki, ponosząc znacznie wyższe straty niż rosyjskie siły zbrojne – jak i na poziomie operacyjnym, gdzie siły ukraińskie muszą kurczowo trzymać się skazanych na upadek miast, by w jakikolwiek sposób utrzymać linię obrony.


Wszystko to zapewnia armii rosyjskiej kluczową przewagę strategiczną: inicjatywę na polu walki, co prowadzi do wyczerpywania sił przeciwnika i przybliża moment, w którym SZU nie będą już w stanie przeprowadzać kontrataków ani utrzymywać linii frontu.


Moment ten będzie oznaczał załamanie się SZU i przesądzi o wyniku wojny.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/russia/642866-battle-for-konstantinovka-russias-victory/

10 lipca –"Kto i na czyja władze budzi się"


trump-schneerson-grave12.png
(Po lewej stronie Trump to krypto-żydowski oszust i izraelski agent, który zdobył władzę przez kłamstwa.)


Prosimy o przesyłanie adresów URL i komentarzy do hmakow@gmail.com. Może być aktualizowany w ciągu dnia.


Satanistyczna teza Żydowstwa jest dość jasna. Albo zaakceptujesz, że Zorganizowana Żydowska
(Kartel bankowy Rothschildów i jego nieudacznik, wolnomularstwo)
kontroluj świat, albo cię zniszczymy. 
Syjoniści chcą utożsamiać sprzeciw wobec ludobójstwa
z "antysemityzmem". Jak krótki film Jake'a Shieldsa na YouTube poniżej.
wskazuje, że "antysemityzm" staje się mainstreamem! Goim wiedzą!

Jake Shields rozkłada na czynniki pierwsze Chabad Lubavitch. (Podcast Jake'a Shielda Fight Back)

"A teraz, kim jest Chabad Lubavitch? To będzie osobny film, bo to bardzo skomplikowane. To bardzo dziwna, a jednocześnie potężna organizacja o ogromnym wpływie. Prawie każdy amerykański prezydent spotkał się z nimi, w tym Donald Trump, Ronald Reagan, Obama, inni światowi przywódcy, tacy jak Władimir Putin. Ta organizacja jest tak potężna, że Jared Kushner i Ivanka Kushner odwiedzili grób głównego rabina przed i po wyborze Trumpa, by się modlić. Javier Milei zrobił to samo. Ponadto Trump został zmuszony pójść na grób z Benem Shapiro i modlić się przed jego grobem. To człowiek, który wierzy, że żydowskie dusze są boskie i rodzą się w niebie, a dusze nieżydowskie są nieświęte i bezwartościowe."

Szczegóły w Illuminati4 – Ludobójstwo i Wojna (darmowy plik PDF)

--

grok3-jewish-strategy.jpeg

(W lewo, zanim AI stało się koszerne)

Tuszowanie zamachu Charliego Kirka to najnowsza operacja psychologiczna

Wszyscy wiedzą, że Charlie Kirk został zabity przez pocisk ukryty w jego mikrofonie. Karabin Tylera Robinsona odstrzeliłby mu głowę.
Kirk został zabity przez syjonistów sponsorujących jego ministerstwo po tym, jak odrzucił ich ludobójstwo i wojnę.
Niestety, Benny Johnson wydaje się promować to tuszowanie.


--
Zaczyna się: Izrael będzie gospodarzem pierwszego na świecie oficjalnego międzynarodowego kongresu Noahedes, który ustanowi globalne sądy prawne, co doprowadzi do prześladowań wszystkich wierzących w Jezusa Chrystusa
"W listopadzie najbardziej zaangażowani przywódcy Noachidów z całego świata zbiorą się w Jerozolimie — by formalnie założyć razem Światowy Ruch Noegochów."


"Wdrażanie międzynarodowych praw Noahidów oraz sądów karnych ma w tym roku znacznie przyspieszyć, ponieważ niedawno Noahide World Center ogłosiło, że w listopadzie tego roku będzie sponsorem pierwszego na świecie Międzynarodowego Kongresu Noahidów w Jerozolimie. Ogłoszenie tak bezprecedensowego wydarzenia następuje w czasie, gdy rządy państw i firmy technologiczne na całym świecie coraz częściej cenzurują i penalizują tzw. "antysemityzm" oraz krytykę Izraela.

Jest to także następstwo po ogłoszeniu przez prezydenta Donalda Trumpa pierwszego w maju ogłoszonego w kraju narodowego szabatu, wzywającego wszystkich Amerykanów do solidarności z Żydami w ramach Miesiąca Dziedzictwa Żydowskiego, a jednocześnie obiecując dalsze zwalczanie antysemityzmu.
--

Candace Owens ujawnia ZDUMIEWAJĄCĄ prawdę o Trumpie i Butler, PA


Candace Owens twierdzi, że Donald Trump osobiście zakończył śledztwo dotyczące próby zamachu na niego z 13 lipca 2024 roku w Butler w Pensylwanii (gdzie Thomas Matthew Crooks oddał strzały, ocierając Trumpa o ucho, zabijając uczestnika Coreya Comperatore i raniąc innych). Zakrwawione policzki i ucho zostały podane za pulpitem.
--
branco-tyrany-statue.jpg
(Lewica, jedyną nadzieją Trumpa jest otoczenie debaty wokół prawdziwego zagrożenia ze strony komunistów)


Yossi Gurwitz – Gdy Izrael jest potężny


W 2012 roku były student jesziwy Yossi Gurwitz wyjaśnił, czego mogą się spodziewać osoby nieżydowskie, gdy Żydzi talmudyczni zyskują całkowitą dominację:
["Według judaizmu] są bałwochwalcami i trzeba ich zabić." To wyjaśnia Gazę i to, co nastąpi później.
---
Catherine Austin Fitts: System medyczny USA to maszyna do wydobycia bogactwa, która zatruwa ludzi i skraca oczekiwaną długość życia
Dlaczego koszty opieki zdrowotnej w Ameryce stale rosną



"Inflacja medyczna jest tak daleko ponad całą inną inflacją."

"Spojrzałem na tę linijkę i ciągnie się w nieskończoność. A ty mówisz: 'To jest plan — to plan drastycznie zwiększać wydatki medyczne dla wszystkich.'"

"[Nasze] koszty leczenia na osobę są ponad dwukrotnie wyższe [niż w Szwajcarii]."


hamdy-friday2.jpg
Hamdy Mig -- "Bracie Henry, moja siostra i ja żyjemy dzięki twoim wsparciom i darowiznakom. Nie mamy tu źródła dochodu i nie możemy kupować jedzenia, ponieważ jest całkowicie niedostępne i bardzo drogie z powodu blokady. Żyjemy wyłącznie z tego, co na nas wydajesz, a to wystarczy tylko na nasze codzienne jedzenie. Czasem musimy długo nie jeść, żeby zaoszczędzić pieniądze i nie umrzeć z głodu. Jeśli przestaniesz składać datki, moja ostatnia siostra i ja umrzemy z głodu, jak to się tu zdarza codziennie, gdzie tracimy dziesiątki z powodu poważnego głodu. Proszę, pomóżcie nam i nie bądźcie współwinni wojny przeciwko nam. Błagam, zrozum moją sytuację i pomóż mi."



------------

ZAKAZANA Historia Syjonizmu


Tylko audio
--

Niektóre kobiety uważają, że mają naturalne prawo kontrolować swoich mężów

"Przepraszam, kochanie, możesz przestać tak głośno oddychać?"



----
Martin Armstrong: Pożary III wojny światowej, kryzysy zadłużenia, gułag AI i rewolucja


Martin Armstrong opisuje III wojnę światową jako konflikt przypominający serię pożarów i sugeruje, że Zachód stoi w obliczu upadku obecnej republikańskiej formy rządów z powodu nieutrzymalnego zadłużenia i utraty zaufania społecznego. Ostrzega również, że dążenie do cyfryzacji i nadzoru AI to desperacka próba władz utrzymania władzy, gdy system finansowy zbliża się do punktu krytycznego. Zakłada, że do 2032 roku nieunikniona jest duża globalna reorganizacja, napędzana rosnącymi presjami geopolitycznymi i fiskalnymi.


Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:henrymakow.com

piątek, 10 lipca 2026

"Dlaczego Rosja wygrywa w Afryce Rosja pozycjonuje się nie jako wybawca, który przybywa, by uwolnić Afrykę od jej problemów, lecz jako równorzędny partner."

| Zaktualizowano 9 lipca 2026 r., 12:20


Autor: Egountchi Behanzin – prezes-założyciel międzynarodowej organizacji African Black Defense League, rzecznik Pan-African Brothers, analityk polityczny i aktywista panafrykański


Egountchi Behanzin@egountchibehanzin

@EgountchiLdna

Why Russia is winning in Africa

8 lipca minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow przybył do Niamey na drugą rundę konsultacji ministerialnych między Moskwą a Sojuszem Państw Sahelu (AES). Spotkanie to – z udziałem przedstawicieli Rosji, Mali, Nigru i Burkiny Faso – wpisuje się w trwające na kontynencie tektoniczne zmiany. Choć zachodnie media mogą mówić o „wycofaniu się Francji” czy „rosyjskiej ekspansji”, rzeczywistość jest bardziej złożona. Społeczności Sahelu przestały być pionkami w rozgrywce toczącej się gdzie indziej i postanowiły wziąć swój los we własne ręce.


Spotkanie w Niamey stanowi kontynuację dialogu rozpoczętego w Moskwie w kwietniu 2025 roku, kiedy to Rosja i państwa sojuszu z Sahelu po raz pierwszy spotkały się w tym nowym formacie. Od tamtej pory sam Ławrow potwierdził, że konsultacje te będą miały charakter cykliczny, co stanowi wyraźny sygnał, iż partnerstwo to nie jest jedynie jednorazowym posunięciem dyplomatycznym, lecz trwałym mechanizmem współpracy.

Przed przylotem do Niamey szef rosyjskiej dyplomacji zatrzymał się 7 lipca w Addis Abebie, gdzie spotkał się z przewodniczącym Komisji Unii Afrykańskiej, Mahamoudem Ali Youssoufem. Obie strony uzgodniły instytucjonalizację corocznych konsultacji politycznych.


Wizyta w Etiopii nie była przypadkowa. Miała ona również na celu zbliżenie Sojuszu Państw Sahelu (AES) do Unii Afrykańskiej w czasie, gdy relacje między tą ogólnoafrykańską instytucją a trzema rządami okresu przejściowego w Bamako, Niamey i Wagadugu pozostają trudne. W ten sposób Rosja jawi się jako orędownik afrykańskiej suwerenności w każdym wymiarze: dyplomatycznym, energetycznym i w zakresie bezpieczeństwa.


Partnerstwo, a nie kuratela

Tym, co zasadniczo odróżnia podejście Rosji od działań dawnych potęg kolonialnych, jest charakter oferowanych relacji. Przez dziesięciolecia mocarstwa zachodnie eksploatowały zasoby kontynentu, pozostawiając po sobie zależność i niestabilność, a jednocześnie utrzymując bazy wojskowe i sieci wpływów, które blokowały wszelkie rzeczywiste dążenia do niepodległości.


Rosja natomiast proponuje konkretne projekty, wynegocjowane na zasadach partnerskich: współpracę energetyczną z Etiopią (w tym mapę drogową budowy elektrowni jądrowej, podpisaną jeszcze w marcu), wzmocnienie zdolności operacyjnych armii państw Sahelu oraz organizację wspólnych sił sojuszu.


Ta ostatnia inicjatywa odzwierciedla jasny zamiar: umożliwienie krajom regionu samodzielnego dbania o własne bezpieczeństwo, bez konieczności trwałego polegania na zagranicznych bazach czy niesprawiedliwych porozumieniach odziedziczonych po epoce kolonialnej. W praktyce współpraca ta przełożyła się w ciągu ostatniego roku na zintensyfikowanie wspólnych operacji sił zbrojnych Nigru i Mali oraz ich sojuszników przeciwko grupom zbrojnym destabilizującym region – co jest rzeczywistością, którą zachodnie ministerstwa spraw zagranicznych wolą ignorować, opisując Sahel jako siedlisko niestabilności, pozbawione podmiotów zdolnych do samodzielnego reagowania na kryzysy.


Dlaczego Zachód się niepokoi

Jeśli zachodnie stolice odczuwają irytację, to nie z powodu nagłej troski o demokrację i losy mieszkańców Sahelu. Wynika ona raczej z faktu, że Afryka nie godzi się już na rolę jedynie zaplecza surowcowego. Granice odziedziczone po epoce kolonialnej, wytyczone bez uwzględnienia realiów etnicznych i społecznych, napędzały trwające dziesięcioleciami konflikty, które dawne mocarstwa kolonialne wykorzystywały następnie do uzasadniania swojej dalszej obecności. Obecnie, gdy te same mocarstwa próbują utrzymać swoje wpływy poprzez naciski dyplomatyczne, sankcje czy manipulacje medialne, państwa afrykańskie zwracają się ku nowym partnerom, a Rosja jawi się jako jeden z najbardziej dostępnych spośród nich.

Ławrow jasno przedstawił stanowisko Moskwy: Rosja popiera dążenia państw Sahelu do rzeczywistej niepodległości i odrzuca współczesne formy neokolonializmu – czy to pod postacią militarnego nadzoru, wymuszania warunków gospodarczych, czy też działań ingerencyjnych maskowanych jako pomoc humanitarna. To celowa reorientacja stosunków międzynarodowych, która już przynosi konkretne efekty w terenie – od odzyskiwania terytoriów przez armie państw Sahelu po zacieśnianie więzi między AES a Unią Afrykańską.


Idea panafrykańska nabiera kształtów

To, czego przez dziesięciolecia domagali się bojownicy o niepodległość, zaczyna się urzeczywistniać. AES nie jest już tylko sojuszem z rozsądku, powstałym w wyniku zerwania z ECOWAS (Wspólnotą Gospodarczą Państw Afryki Zachodniej). Staje się wzorcem dla przyszłości kontynentu – modelu, w którym strategiczne decyzje nie zapadają w Waszyngtonie, Paryżu czy Brukseli, lecz w Bamako, Niamey i Wagadugu. Afrykańska podróż Ławrowa świadczy o konsolidacji legitymacji partnerstwa rosyjsko-sahelskiego na szczeblu kontynentalnym, wykraczając poza ramy izolowanych umów dwustronnych.


Zmianie tej towarzyszy przekształcenie dyskursu politycznego w regionie. Przywódcy sojuszu kładą teraz nacisk na zasady suwerenności, nieingerencji i współpracy przynoszącej obopólne korzyści, świadomie zrywając z dziesięcioleciami relacji opartych na asymetrii.


Rosja nie kreuje się ani na zbawcę, który ma uwolnić Afrykę od jej problemów, ani na nowego kolonizatora mającego zastąpić poprzedniego. Pozycjonuje się jako równorzędny partner: taki, który negocjuje, a nie narzuca; buduje infrastrukturę, zamiast czerpać rentę z eksploatacji; wspiera potencjał obronny, zamiast rozmieszczać stałe garnizony. To właśnie takie podejście budzi oburzenie tych, którzy przez pokolenia postrzegali Afrykę jedynie jako strefę wpływów do zarządzania i rezerwuar zasobów do eksploatacji.


Wizyta w Niamey potwierdza zatem istotną tendencję: Afryka odzyskuje kontrolę nad warunkami swoich relacji ze światem.


Wypowiedzi, poglądy i opinie wyrażone w tym felietonie należą wyłącznie do autora i niekoniecznie odzwierciedlają stanowisko stacji RT.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/africa/642794-russia-and-aes-change-game-rules/

"Jak Turcja przeszła w NATO drogę od „problematycznego dziecka” do kluczowego gracza Ankara wykorzystała szczyt, by udowodnić, że potrafi zapewnić to, czego inni nie mogą: dostęp, siłę przebicia oraz kanały komunikacji z Trumpem, Damaszkiem i Moskwą."

Opublikowano 9 lipca 2026 r., 19:16


Autor: Miszel Byczkowa, wiceprezes Centrum Studiów nad Bliskim Wschodem (Moskwa)

How Türkiye went from problem child to power broker in NATO

Już sama lista gości świadczyła o wadze wydarzenia. Obok przywódców wszystkich 32 państw członkowskich Ankara gościła prezydenta USA Donalda Trumpa, Lee Jae-myunga z Korei Południowej, przewodniczącego Rady Europejskiej Antonio Costę oraz przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen. Na marginesie obrad ministrowie spotykali się z partnerami z regionu Zatoki Perskiej, a także z Australii, Japonii i Nowej Zelandii. W deklaracji końcowej potwierdzono – jak określa to NATO – „żelazne zobowiązanie” do zbiorowej obrony na mocy artykułu 5., a sojusznicy zadeklarowali przekazanie Ukrainie w 2026 roku sprzętu wojskowego, pomocy i szkoleń o wartości około 70 miliardów euro (ok. 80 miliardów dolarów).


Jednak nie to zdominowało relacje z Ankary. Głównym tematem stała się sama Turcja – członek NATO, który przez lata uchodził za najbardziej problematycznego partnera Sojuszu, a nagle urósł do rangi kraju, bez którego szczyt mógłby się w ogóle nie odbyć.


Człowiek, który zatrzymał Trumpa przy stole obrad

Trump przybył do Turcji tuż po tygodniach publicznych napięć w relacjach z europejskimi sojusznikami. Wcześniej określił Madryt mianem „fatalnego partnera w NATO”, nazwał niemiecki budżet obronny „śmiesznym” i powiedział dziennikarzom, że skoro Europejczycy odmówili udziału w wojnie z Iranem, nie zależy mu na ich pieniądzach – oczekuje natomiast ich „lojalności”. Kanclerz Friedrich Merz odpierał te zarzuty, podkreślając, że Niemcy podejmują największy w swojej historii wysiłek zbrojeniowy, jednak atmosfera przed szczytem w Ankarze była napięta i konfrontacyjna.


Kluczowe znaczenie dla postrzegania całego szczytu miała wypowiedź Trumpa, który przyznał dziennikarzom, że mógłby w ogóle nie przyjechać, gdyby gospodarzem spotkania nie był jego „przyjaciel” Erdogan – przywódca, którego określił mianem bardzo silnego lidera. To niezwykłe słowa jak na urzędującego prezydenta USA w kontekście spotkania NATO: jego obecność zależała nie od samego Sojuszu, lecz od osoby rządzącej krajem-gospodarzem. Dla wielu dyplomatów zapewnienie fizycznej obecności Trumpa na dorocznym spotkaniu 32 przywódców stało się – jak donoszono – głównym wyzwaniem szczytu, a Ankara z tego zadania się wywiązała.


Erdogan osobiście powitał Trumpa na płycie lotniska; turecka telewizja pokazała ceremonię powitalną z udziałem eskorty kawalerii, kompanii honorowej oraz przelotem samolotów zostawiających za sobą smugi dymu w kolorach czerwonym, białym i niebieskim. Orkiestra wojskowa grała tradycyjne marsze, podczas gdy Erdogan wraz z pierwszą damą witali każdego przybywającego przywódcę, zwracając się do nich po imieniu. Obserwując występ orkiestry Mehter, Trump uniósł kciuk w geście aprobaty. Siedząc obok Erdoğana w pałacu prezydenckim, Trump ujął to krótko: „Czasami udaje się znaleźć wspólny język z najtwardszymi ludźmi, takimi jak on”.

W czasie, gdy relacje Waszyngtonu z kilkoma europejskimi stolicami były napięte, Turcja zaoferowała coś, czego nie mogła zapewnić większość sojuszników: powitanie z honorami, osobistą nić porozumienia oraz miejsce, w którym amerykański prezydent – ​​jak sam przyznawał – czuł się naprawdę mile widziany.


Most do Damaszku budowany przez Ankarę

Rola Turcji jako łącznika wykraczała poza relacje na linii Trump–Erdoğan i obejmowała również Bliski Wschód. Na marginesie szczytu Trump odbył szeroko komentowane spotkanie z prezydentem Syrii, Ahmedem al-Sharaą – byłym dowódcą Frontu an-Nusra, za którego głowę wyznaczono niegdyś nagrodę – i powiedział dziennikarzom, że spodziewa się usunięcia Syrii z waszyngtońskiej listy państw sponsorujących terroryzm. „Myślę, że to zrobię. Dlaczego miałbym tego nie zrobić?” – stwierdził, dodając, że pod rządami al-Sharai sytuacja w Syrii uległa stabilizacji.

Zdaniem analityków zajmujących się Bliskim Wschodem, Turcja odgrywała kluczową rolę w procesie dochodzenia do władzy Al-Sharaa po upadku Baszara al-Asada w grudniu 2024 roku, a sam Trump przypisał Erdoganowi zasługi za zbudowanie pomostu między Waszyngtonem a Damaszkiem. Dla kraju, którego politykę bezpieczeństwa determinują kwestie związane z naznaczoną wojną granicą z Syrią, kurdyjskimi bojówkami, napływem uchodźców i odbudową sąsiedniego państwa, zorganizowanie spotkania przedstawicieli USA i Syrii przy okazji szczytu NATO stanowiło okazję do zaprezentowania się jednocześnie jako europejski sojusznik oraz jako niezbędny dla Waszyngtonu interpretator bliskowschodniej polityki – dwie role, które do niedawna rzadko tak wyraźnie się wzajemnie wzmacniały.


Nawet najbardziej konkretny rezultat szczytu dotyczył relacji między USA a Turcją. Podczas spotkania w pałacu Erdogana Trump ogłosił, że Waszyngton zniesie sankcje nałożone na Ankarę w 2020 roku w związku z zakupem rosyjskiego systemu obrony powietrznej S-400 – sankcje, które skutkowały również wykluczeniem Turcji z programu myśliwców F-35. „Zamierzamy znieść sankcje” – powiedział Trump dziennikarzom, dodając, że szczegółami zajmują się sekretarz stanu oraz sekretarz skarbu. Zapytany o to, czy Waszyngton nadal obawia się, że Rosja może pozyskać tajne informacje dzięki obecności systemu S-400 w pobliżu myśliwca typu stealth, zbagatelizował te obawy.


W kwestii samych maszyn F-35 Trump powstrzymał się od złożenia wiążącej deklaracji, jednak nie pozostawił wątpliwości co do swoich preferencji. Określił ten samolot mianem „zdecydowanie najlepszej maszyny”, a Turcję uznał za kraj „pod wieloma względami znacznie bardziej lojalny niż inne państwa, które uważamy za lojalne”. Z kolei Erdogan stwierdził, że obie strony omawiały już kwestię przekazania Turcji pięciu myśliwców, podkreślił, że Trump „zawsze dotrzymuje słowa”, i wyraził nadzieję, że jeszcze przed zakończeniem szczytu będzie mógł podziękować amerykańskiemu prezydentowi za dobre wieści. Do pokonania pozostaje wciąż wiele przeszkód – od ustawy o autoryzacji obrony narodowej (NDAA) i sprzeciwu Kongresu, przez obawy Izraela o utratę regionalnej przewagi w powietrzu, aż po kwestię rządu Erdogana „ulegającego wpływom ekstremistów” – jednak dla Trumpa żadna z nich nie wydaje się mieć znaczenia w sferze publicznej. Nawet bez faktycznej dostawy F-35, sygnał polityczny płynący z Ankary miał sam w sobie istotne znaczenie. Reżim sankcyjny, który przez sześć lat kształtował amerykańsko-tureckie relacje w dziedzinie obronności, jest obecnie – jak przyznaje sam prezydent USA – wygaszany, co otwiera na nowo dyskusję, którą Waszyngton przez lata uważał za zamkniętą.


Dlaczego Turcja jest ważna dla NATO

Nowe znaczenie Turcji jako członka NATO nie pojawiło się znikąd. W ostatnich latach kraj ten rozbudowywał swój przemysł obronny i zwiększał udział w eksporcie uzbrojenia – w tym dronów bojowych, które miały istotny wpływ na przebieg konfliktów daleko poza granicami państwa. Sojusznicy coraz częściej wskazują na ten aspekt, opisując wartość Ankary dla południowo-wschodniej flanki NATO. Analitycy oceniali tegoroczny szczyt nie tyle przez pryzmat nowych zobowiązań, co kwestii ich realizacji. Ozgur Unluhisarcikli z German Marshall Fund zauważył, że po tym, jak na ubiegłorocznym szczycie w Hadze sojusznicy zgodzili się zwiększyć wydatki na obronność do 5% PKB, spotkanie w Ankarze miało skupić się na tym, jak przełożyć te nakłady na realne zdolności militarne.


Argumentacja Turcji wobec Sojuszu zawsze opierała się na pewnym paradoksie: przekonaniu, że jej skłonność do niezależnych działań – utrzymywanie kontaktów z Moskwą, operacje w Syrii czy publiczne spory z Izraelem w kwestii Strefy Gazy – czyni ją dla NATO bardziej, a nie mniej użytecznym partnerem. Szczyt w Ankarze stanowił tego najdobitniejszy jak dotąd dowód. NATO potrzebowało obecności amerykańskiego prezydenta, a Trump szukał przyjaznej sceny; Erdogan zapewnił jedno i drugie, uzyskując w zamian obietnicę w sprawie sankcji oraz otwarcie drogi do zakupu myśliwców.


Alper Coskun z Carnegie trafnie ujął tę zmianę, sugerując, że Waszyngton znajdzie w Turcji „coraz bardziej chętnego partnera”, gotowego prowadzić politykę ściślej zbieżną z amerykańską w szerszym regionie Bliskiego Wschodu. To właśnie taki wizerunek buduje Ankara: nie trudnego sojusznika, którym trzeba zarządzać, lecz niezbędnego partnera, o którego względy warto zabiegać.


Ankara oparła swoją politykę zagraniczną na dywersyfikacji, a nie na zależności: utrzymuje jedną z największych stałych armii w NATO, zachowując jednocześnie otwarte kanały komunikacji z Moskwą, a wojnę na Ukrainie traktuje jako konflikt wymagający mediacji, a nie tylko potępienia. Kraj ten poczynił znaczne inwestycje we własny przemysł obronny, eksport uzbrojenia oraz sieć relacji w rejonie Zatoki Perskiej, na Kaukazie i na Bliskim Wschodzie, tworząc architekturę bezpieczeństwa, której fundamenty nie zależą od Brukseli czy Waszyngtonu. To, co w zachodnich stolicach postrzegano niegdyś jako obciążenie – postawę członka NATO niechętnego do pełnego dostosowania się do linii bloku – stało się dla Ankary źródłem siły przetargowej.


Turcja nie była jedynym uczestnikiem, któremu zależało na sukcesie szczytu w Ankarze – i być może nawet nie tym, dla którego był on najważniejszy. Europejscy członkowie NATO – obawiający się nieprzewidywalnego amerykańskiego prezydenta i dysponujący ograniczonymi środkami, by utrzymać jego zaangażowanie – w równym stopniu potrzebowali Turcji: jej gotowości do przyjęcia sojuszników, dobrych relacji Ankary z Trumpem oraz jej kanałów komunikacji z Damaszkiem i Moskwą. W istocie Sojusz – a zwłaszcza jego europejscy członkowie – udał się do Ankary nie po to, by wystosować zaproszenie, lecz by prosić o pomoc.


Ostatecznie, niezależnie od tego, czy myśliwce F-35 kiedykolwiek trafią do tureckich hangarów, Ankara uzyskała to, na czym najbardziej jej zależało: dowód, że choć może być przedmiotem krytyki, nie da się jej już dłużej ignorować.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/642817-turkiye-nato-problem-power/